O autorze
Paweł Prus - z wykształcenia prawnik, z zawodu dziennikarz. News-junkie na odwyku. Na literaturze się nie zna, ale chętnie o niej pisze i rozmawia. Słowa drukowane pochłania w ilościach przemysłowych.

Wspomnienie o Tadeuszu Konwickim

Fot. Bartosz Bobkowski/ Agnecja Gazeta
Pisanie o autorach, którzy właśnie odeszli, to zadanie trudne i niebezpieczne. Zwłaszcza gdy odchodzą autorzy dla nas ważni, czy tak jak w przypadku Tadeusza Konwickiego – najważniejsi z tych ważnych. Łatwo w takich chwilach popada się w przesadę, sytuacja prowokuje do ślepego oddania hołdu, nawet egzaltacja wydaje się być na miejscu. Nie chcę więc pisać o tym, kim był i jaki był Tadeusz Konwicki, bo to zrobią lepiej biografowie i literaturoznawcy. Chcę jedynie napisać o tym ile dla mnie, zafascynowanego jego prozą czytelnika, znaczył.

Moje pokolenie nie miało wielu okazji, aby go lepiej poznać. Najważniejsze książki napisał w latach 70., parę lat po tym jak ostatecznie wyrzucono go z partii; cenzorski zapis sprawił, że od tamtej pory publikował w drugim obiegu. Po 1989 roku, gdy cenzura trafiła tam gdzie jej miejsce – na śmietnik historii, napisał niewiele, a po kilku latach w ogóle przestał tworzyć. Świadomie wycofał się z życia publicznego, nie udzielał się, nie bywał na salonach Warszawy. Czytelnicy wtajemniczeni w jego codzienne rytuały wiedzieli, że niemal codziennie można go spotkać jak spaceruje tą samą od lat trasą z Nowego Światu na ulicę Wiejską.



W kultowym Czytelniku nieopodal Sejmu, przy stoliku pod ścianą (zarezerwowanym specjalnie dla niego) codziennie jadł obiad w towarzystwie przyjaciół, Andrzeja Łapickiego i Gustawa Holoubka. Ci i inni bliscy mu ludzie jego generacji odchodzili kolejno w ostatnich paru latach. Na koniec został sam. Ostatni raz widziałem go na Nowym Świecie kilka miesięcy temu, w październiku lub wrześniu. Był ciepły, słoneczny dzień, Tadeusz Konwicki szedł zgarbiony, z rękoma splecionymi na plecach, omijając ludzi stojących na przystanku. Tak jak zawsze pomyślałem wtedy o tym, żeby podejść do niego i przedstawić się, rozpocząć rozmowę. Tak jak zawsze, dziesiątki razy wcześniej, zabrakło mi odwagi i pomyślałem, że przecież na pewno kiedyś będę jeszcze miał okazję z nim porozmawiać.

Z kawiarnią „Czytelnik” wiąże się też scena, która najgłębiej wryła się w mojej pamięci. 6 marca 2008 roku zmarł Gustaw Holoubek. Rankiem, następnego dnia, jako młody reporter telewizyjny pojechałem na ulicę Wiejską. W „Czytelniku” zebrali się bliżsi i dalsi znajomi zmarłego, ludzie kultury i sztuki; pisarze, aktorzy, reżyserzy filmowi. Wokół kręciło się dużo dziennikarzy, operatorów kamer i fotoreporterów. W tym tłumie pojawił się on, przygarbiony jeszcze bardziej niż zwykle.

Bez słowa ominął dziennikarzy i zajął miejsce przy swoim stoliku pod ścianą. Poprosiłem go o parę słów o zmarłym przyjacielu. Odmówił. Cichym głosem powiedział, że nie jest tego dnia w stanie mówić na temat śmierci Gucieńka. Wycofałem się od stolika prosząc operatora o zrobienie tylko kilku ujęć tego, jak pisarz siedzi samotnie przy stoliku, a przed nim stoi puste krzesło. Parę chwil później filmowaliśmy inną scenę: pewien Bardzo Znany Pisarz w świetle fleszy ozdabiał portret Holoubka czarnym kirem. Wtedy ktoś lekko szarpnął mnie za rękaw z tyłu:

- Przepraszam, że nie chciałem powiedzieć do kamery nic o Guciu, ale proszę mnie zrozumieć, nie znajduję dziś na to odpowiednich słów – usłyszałem charakterystyczny, chrypiący szept. – Ale to nieważne. To co sfilmowaliście, to puste krzesło przy tamtym stoliku, to najlepsze, co reżyser mógłby zrobić w takiej sytuacji.

Chyba nawet nie byłem w stanie wydusić wtedy z siebie słowa. Pan Tadeusz uścisnął mi rękę i omijając tłumek dziennikarzy powrócił do swojego stolika.

To, że w ostatnich latach milczał, nie oznacza, że nie obserwował tego co się wokół dzieje. Gdy dotarła do mnie informacja o jego śmierci, przypomniałem sobie scenę z filmu dokumentalnego „Co ja tutaj robię”, który o Konwickim nakręcił Janusz Anderman w 2009 r. W jednej z ostatnich scen filmu, toczy się taki oto dialog Tadeusza Konwickiego ze Stanisławem Beresiem:

BEREŚ: - A czy to jest tak, że w tym wieku patrzy się na wszystko jak orzeł z góry i wie wszystko - czy może na odwrót: nie wie się nic?

KONWICKI: - Wstyd powiedzieć, ale trochę się patrzy z lotu ptaka. Może nie orła, może… skowronka. […] W moim wieku, jak człowiek ma takie zainteresowania to patrzy na całą planetę, na całokształt naszego bytu.

BEREŚ: - I jak Pan patrzy na ten całokształt – to jaka jest główna myśl?

KONWICKI: – Żeby się stąd wydostać jak najszybciej.

Panie Tadeuszu, cholernie nam przykro, że właśnie to się Panu dziś udało.
Trwa ładowanie komentarzy...